|
Trzeba
jednak pomyśleć, jak go szukać i gdzie go znaleźć. Można
kupić szczeniaka, bardziej lub mniej rasowego, którego będziemy
wychowywać według własnych potrzeb. Ale może to tez być
pies dorosły, który czeka na nas w schronisku. Wiec co wybrać,
co będzie lepsze dla jednej i dla drugiej strony.
Sama
mam już blisko 70 lat, nie mam nikogo bliskiego,
natomiast psy mam zawsze, a także doświadczenie z
wychowaniem, lub przystosowaniem psiego towarzysza do
swoich warunków i możliwości. Gdy miałam te 10 lat
mniej były to szczenięta. Miałam wtedy dość sił i energii,
by chodzić na długie spacery, bo młody pies potrzebuje
do rozwoju dużo ruchu. Miałam zdrowie, by bawić się z
coraz większym, a wiec i silniejszym szczenięciem, miałam
wreszcie pieniądze na kupowanie coraz nowych bucików, w
miejsce pogryzionych, na naprawę mebli, którym psie zęby
zrobiły szkody.
Przynajmniej
do dwóch lat młody pies to nieopanowane źródło
energii, owszem radości, ale także i kłopotów. Teraz już
wiem, że najlepszym wyjściem jest przygarniecie psa z
azylu, takiego, który burzliwe lata ma za sobą, także,
tak jak i my woli wygodny fotel przed telewizorem, niż
uganianie się po parku za szczekającymi kolegami. Nie
wymaga tyle starania o ruch, o wychowanie w zgodzie z sąsiadującymi
ludźmi i zwierzętami. Lubi odpoczynek i pozwala nam odpocząć,
równocześnie jednak okazując większą miłość i przywiązanie,
gdyż po trudnym zwykle życiu potrafi docenić serce i
staranie w tej drugiej połowie swego życia.
Mam
dwa psy, z tego jeden ze schroniska. Nigdy nie przypuszczałam,
że - dorosły przecież pies - potrafi dać tyle miłości.
Ten, adoptowany z azylu nie odstępuje na krok, wpatruje się
kochającymi oczyma i nie ma z nim żadnego kłopotu. Ten
drugi, rok młodszy wymaga więcej uwagi, więcej wysiłku,
więcej ruchu. Często mimo zmęczenia , mimo bólu stawów,
czy kołatania serca musze z psem iść na spacer. Kiedyś
była to przyjemność, teraz tylko obowiązek. Codzienny obowiązek,
bez względu na to jak się czuje. O tym biorąc do domu
psa trzeba zawsze pamiętać.
Każdemu,
komu już lata ciążą radzę z całego serca i własnego
doświadczenia:
Gdzieś,
w schronisku dla zwierząt czeka na nas starszy, tęskniący
za miłością pies, który nie sprawi kłopotu, nie będzie
wymagał tyle ruchu, ani nie będzie gryzł mebli w
mieszkaniu, za to obdarzy nas bezgraniczna wdzięcznością
i przywiązaniem. Nie pozwólmy mu za długo na nas czekać.
Janina Banachowska
"Zawsze byłam
wielbicielką kotów. Oswajałam dzikie koty z sąsiedniego
bloku, w domu odkąd pamiętam był kot lub dwa.
Przezwisko "kocia mama" krążyło za mną po
osiedlu. Doszło do tego, że okoliczni mali sadyści poznęcawszy
się nad kotem przynosili go do mnie "masz to ścierwo",
a ja rzewnie plącząc biegłam do domu ratować kolejne
podtopione, nadpalone, lub pozbawione ogona stworzenie.
Ale Gucia kotem nie była ... Psem była.
A zaczęło się tak ...
Żyłam sobie ci ja spokojnie z moją rudą, małą
jamnikowatą sunią Fugą, dwiema kocicami: piękną i
elegancką Meeną i jej zezowatą córeczką Miśką, gdy pojawiła
się jak burza w moim życiu nowa przyjaźń. Znałam Wiolę
już od dawna ale nie mogę powiedzieć, żebyśmy się
specjalnie kochały, a tu nagle ... No i przez nią zaczął
się w moim życiu nowy rozdział zatytułowany:
schronisko Sopot.
Moja szurnięta na tle piesków przyjaciółka wzięła
mnie po prostu za dziób i zaprowadziła tam, gdzie sama była
już od paru lat wolontariuszką. O piękne chwile spędzone
na strzyżeniu pudlowatych pokrak, kąpaniu kundli i tym
podobnych przyjemnościach! Serce ciągnęło do kotów,
ale byłam bez szans - może ze dwa razy udało mi się wyrwać
do kociarni. Zawsze trzeba było wziąć jakieś nieszczęśliwe,
małe, brzydkie psisko na spacerek ...
O Guci nasłuchałam się zanim ją zobaczyłam. Kundelek,
malutki, przeraźliwie brzydki i zupełnie głuchy.
"No i kto ją weźmie?" pytała retorycznie
Wiola. "Nikt."
I tu zagrała moja polska krew -
że co, że ja nie wezmę? hi hi. Tak naprawdę przeważył
moment, kiedy zobaczyłam to sieroctwo, jak stoi przed
drzwiami do pawilonu ze spuszczoną głową i boi się wejść,
bo ją współlokatorka śp. Lalka (14 lat) podgryzała, a
Guciątko do dzielnych nie należało. Takie paskudne,
stare i strasznie biedne gizmo z wielkimi uszami ... głuchymi!
Cóż - decyzję podjęłam, formalności dopełniłam i zabrałam
śmierdzielka do domu. Kąpiel zniosła mężnie. Owarknęła
moją radośnie witającą się Fugunię, która jako
stworzenie dobrze wychowane i wybitnie zsocjalizowane chciała
się z nią przywitać. Schowała się potem w kącik - już
czyściutka, i siedziała w nim trzy dni. Jedzenie podawałam
jej do tegoż kącika. Kocice omijały Gucienkę z dala po
tym jak na nie naskoczyła robiąc ciaf! ciaf! ale były wyraźnie
zafascynowane.
Po trzech dniach nowy domownik wylazł z kąta i zaczął rządzić
domem. Kocyk na sofce, wyżeranie Fudze z miski
(zaskoczony rudzielec odsuwał się patrząc na mnie pytającym
wzrokiem), warczenie na koty, które wiały na komodę i
stamtąd przyglądały się paskudzie wrednej zwanej przez
nas czule Babcia Gucia. Przebojów było z nią
jeszcze wiele - przeszła ropomacicze, operację i wyzdrowiała
(trzynastoletni pies!). Miała niesamowitą wolę życia.
I masę energii. Myślałyśmy z Wiolą, że może słuch
też odzyska, ale jednak nie. Pamiętam te powitania
- biegły: Fugunia, Gucia w radosnych podskokach, za nimi
dwie kocice miaucząc w glos. Pisk, szczekanie, miauki
- istne szaleństwo.
I te spacerki, na których Gucieńka pilnowała
się mnie i Fugi kontrolując wzrokiem (też nie
najlepszym), gdzie jesteśmy ...
Nie ma już Babci Guci. Była staruszeczką, której czas
w końcu nadszedł. Jej zdjęcie wisi na honorowym miejscu
w naszym domku w Amsterdamie, gdzie się przeprowadziłam dołączając
do męża, który niestety Guci nie poznał, i wiem na
pewno, że gdy mi warunki znów na to pozwolą, wezmę
ze schroniska starego, najbrzydszego pieska bez szans na
adopcje, na spokojną końcówkę życia w domu pełnym miłości.
Nie zrobię tego, bo tak uwielbiam stare, brzydkie pieski
lub jestem jakoś wybitnie litościwa. Zrobię to, bo
frajdą jest zobaczyć przemianę smutnego, biednego
stworzenia w szczęśliwe, spokojne lub wręcz rozwydrzone
i nic nie jest piękniejsze od niesamowitej, cudownej woli
życia starego schorowanego nawet psa, którego nikt nie chciał,
a który jednak znalazł dom. Będzie więc
jeszcze niejedna "Gucia", a koty będą musiały
się z tym pogodzić!
Gaja
Kowalik
|